Susza ponownie stała się jednym z najczęściej powtarzanych słów w debacie o wodzie, rolnictwie i lasach. To dobrze, że coraz wyraźniej widzimy skalę problemu. Gorzej, że od diagnozy do działania wciąż dzieli nas ogromny dystans. Potrzebne są konkrety: spowalnianie odpływu, zatrzymywanie wody w rowach, glebie, mokradłach i małych zbiornikach. Jednak równie ważne jest porozumienie między tymi, którzy gospodarują na obszarze jednej zlewni. Woda nie zatrzymuje się na granicy działki ani gminy, a samotne działania – nawet najbardziej efektywne – nie wystarczą, jeśli za miedzą cały system nadal pracuje na jej szybkie odprowadzenie.
Śnieżna zima nie wystarczyła
Na pierwszy rzut oka sytuacja w 2026 r. wydaje się mniej niepokojąca niż w poprzednich latach. Zima w wielu regionach była mroźna i śnieżna, więc można było oczekiwać, że wody z roztopów zasilą rzeki, gleby i zasoby wód podziemnych. Tak się jednak nie stało. Początek roku hydrologicznego, przypadający na listopad 2025 r., przyniósł deficyt opadów, a kolejne miesiące nie naprawiły sytuacji w stopniu wystarczającym. Pokrywa śnieżna, choć miejscami obecna, nie przełożyła się na trwałe zwiększenie przepływów w rzekach. Brak regularnych opadów sprawił, że roztopy nie zadziałały tak, jak znamy to z historii – nie stały się impulsem poprawiającym wiosenne uwilgotnienie zlewni.
Marzec nie poprawił sytuacji – przeciwnie, pogłębił deficyt, z którym zlewnie wchodziły w wiosnę. Według analiz IMGW-PIB był to miesiąc wyjątkowo suchy, co szybko znalazło odzwierciedlenie nie tylko w niewystarczającym uwilgotnieniu gleby, ale również w sytuacji hydrologicznej rzek. W połowie kwietnia na ok. 64 proc. stacji wodowskazowych zarejestrowano stany niskie, przy dominujących tendencjach spadkowych. W prognozie hydrologicznej z tego okresu odnotowano także 23 stacje z przepływem poniżej progu SNQ, czyli średniego niskiego przepływu z wielolecia. To ważny sygnał: wiosenny deficyt wody nie dotyczy już wyłącznie przesuszonej gleby, lecz obejmuje również rzeki i cały obieg wody w zlewniach.
Plany są potrzebne, ale nie zatrzymają wody
W warunkach narastającego deficytu wodnego dokumenty planistyczne mają duże znaczenie. Plan przeciwdziałania skutkom suszy porządkuje wiedzę o zagrożeniu, wskazuje obszary problemowe i przygotowuje katalog działań służących ograniczaniu strat. Podobną rolę, choć w bardziej operacyjnej skali, pełnią opracowania przygotowywane dla nadleśnictw czy jednostek samorządu terytorialnego. Ich wartość polega na tym, że pozwalają uporządkować działania, wskazują miejsca interwencji i wiążą gospodarkę wodną z warunkami terenowymi.
Nie możemy jednak czekać wyłącznie na duże programy, wieloletnie inwestycje i strategie, których przygotowanie oraz realizacja trwają latami. Duże obiekty hydrotechniczne są potrzebne, zwłaszcza w sytuacji powodziowej, ale nie są narzędziem szybkiej reakcji na suszę. Wymagają procedur środowiskowych, decyzji wodnoprawnych, finansowania i czasu. Susza nie czeka. Dlatego równolegle trzeba wdrażać działania rozproszone, małoskalowe i możliwe do szybkiej realizacji – przede wszystkim na terenach rolnych i leśnych, gdzie decyzje dotyczące odpływu wody mają bezpośredni wpływ na bilans całych zlewni.
Mała i mikroretencja: proste działania, realny efekt
Największy potencjał wdrożeniowy mają dziś rozwiązania wykorzystujące istniejącą infrastrukturę melioracyjną oraz naturalne ukształtowanie terenu: obniżenia, doliny cieków, lokalne zagłębienia i rowy. To właśnie tam najłatwiej zatrzymać wodę blisko miejsca, w którym pojawia się w krajobrazie. Mała retencja nie opiera się na jednym dużym obiekcie, lecz na wielu niewielkich, rozsianych w zlewni. Pojedynczo ich oddziaływanie jest lokalne, ale łącznie mogą poprawiać infiltrację, ograniczać odpływ powierzchniowy i stabilizować poziom wód gruntowych.
W praktyce oznacza to m.in. tworzenie niewielkich zbiorników śródpolnych i śródleśnych, spowalnianie odpływu w rowach, okresowe zatrzymywanie wody w systemach melioracyjnych, ograniczanie odpływu z systemów drenarskich, odtwarzanie pasów buforowych, zadrzewień śródpolnych i mokradeł. W wielu przypadkach są to działania tańsze, szybsze i mniej konfliktowe niż duże inwestycje. Co ważne, część z nich może być realizowana w ramach bieżącego utrzymania urządzeń albo dzięki uproszczonym procedurom, o ile nie wykraczają poza dopuszczalny zakres ingerencji, a ich realizacja jest prowadzona zgodnie z przepisami Prawa wodnego.
Nie chodzi przy tym o przeciwstawianie małej retencji dużym inwestycjom. Chodzi o właściwą kolejność i skalę działania. W krajobrazie rolniczym i leśnym trzeba najpierw ograniczyć szybki odpływ tam, gdzie woda znika najłatwiej: z pól, rowów, gleb mineralnych, przesuszonych mokradeł i dolin małych cieków. Dopiero suma takich działań daje efekt, który można odczuć nie tylko na jednej działce, ale w całej zlewni.
Rowy i systemy drenarskie mogą zatrzymywać wodę
Jednym z najważniejszych obszarów zmiany jest podejście do melioracji. Systemy rowów i drenażu rolniczego przez dekady projektowano głównie po to, aby szybko odprowadzać nadmiar wody z pól i łąk. W obecnych warunkach coraz częściej powinny one pełnić funkcję głównie retencyjną. Nie zawsze oznacza to kosztowną przebudowę. Czasem wystarczy ograniczyć tempo odpływu przez proste przegrody, zastawki, przewężenia, lokalne spłycenia rowów albo regulację odpływu z istniejących systemów drenarskich.
Hydrologiczny sens tych działań jest prosty: woda dłużej pozostaje w zlewni, ma więcej czasu na wsiąkanie, zasila płytkie wody gruntowe i poprawia wilgotność gleby w strefie korzeniowej roślin. W rolnictwie może to ograniczać skutki okresowych niedoborów opadów, a w lasach wspierać utrzymanie siedlisk wilgotnych, mokradeł i torfowisk. Równocześnie spowolnienie odpływu zmniejsza amplitudę przepływów – łagodzi zarówno szybkie wezbrania po opadach, jak i późniejsze niżówki.
To szczególnie istotne w zlewniach, w których woda przez lata była traktowana głównie jako nadmiar do odprowadzenia. Dziś ten sam rów czy system drenarski może działać inaczej: nie tylko odprowadzać wodę, ale również czasowo ją zatrzymywać, rozprowadzać i umożliwiać infiltrację.
Potrzebna jest akceptacja społeczna
Nie zawsze największą barierą są pieniądze czy przepisy. Często jest nią przyzwyczajenie. Przez lata dobrze utrzymany rów oznaczał rów wyczyszczony, pogłębiony i szybko odprowadzający wodę. Dziś coraz częściej oznacza taki, który pozwala wodę zatrzymać, rozprowadzić i wykorzystać w krajobrazie. To wymaga rozmowy z rolnikami, leśnikami, samorządami, spółkami wodnymi i właścicielami gruntów. Wymaga też wyjaśnienia, że zatrzymywanie wody nie jest zaniedbaniem, lecz elementem racjonalnej gospodarki wodnej.
Retencja rozproszona działa tylko wtedy, gdy rzeczywiście jest rozproszona. Jedna zastawka, jeden zbiornik czy jeden pas buforowy nie zmienią sytuacji w skali regionu. Ale setki takich działań, wykonanych w wielu punktach zlewni, mogą już istotnie poprawić bilans wodny. Dlatego przeciwdziałanie skutkom suszy powinno zejść z poziomu dokumentów na poziom codziennych decyzji w terenie.
I tu zaczyna się najtrudniejsza część. Woda przepływa przez wiele gruntów, mając wpływ na wiele interesów i wymagając odpowiedzialności wielu decydentów. Działanie jednego właściciela może pomóc, ale może też zostać osłabione przez decyzje podejmowane kilka działek dalej. Jeśli na górze zlewni zatrzymujemy wodę, a poniżej nadal czyścimy i pogłębiamy rowy, przyspieszając odpływ, efekt będzie ograniczony. Dlatego potrzebne są nie tylko wsparcie finansowe i techniczne, ale też elementarne porozumienie między sąsiadami w skali zlewni.
Zlewnia zamiast granicy działki
W Polsce potrzebna jest zasadnicza zmiana podejścia: od modelu szybkiego odprowadzania wody z krajobrazu do modelu jej zatrzymywania tam, gdzie spada. Dotychczasowe myślenie, oparte na odwodnieniu gruntów i przyspieszaniu odpływu, stopniowo obniżało zdolność retencyjną zlewni oraz zwiększało podatność rolnictwa, lasów i ekosystemów na deficyt wodny. W warunkach coraz częstszych okresów bezopadowych kontynuacja tego modelu nie ma ani hydrologicznego, ani gospodarczego uzasadnienia.
Ale sama zmiana techniczna nie wystarczy. Woda nie zna granic działek, obrębów ewidencyjnych ani gmin. To, co dzieje się na jednym polu, w jednym lesie czy przy jednym rowie, wpływa na sytuację terenów położonych niżej. Dlatego przeciwdziałanie suszy wymaga porozumienia sąsiadów w skali zlewni: rolników, leśników, właścicieli gruntów, spółek wodnych, samorządów i administratorów urządzeń melioracyjnych. Jeśli jeden gospodarz zatrzymuje wodę, a drugi przyspiesza jej odpływ, efekt rozprasza się szybciej, niż zdążymy go zmierzyć.
Przeciwdziałanie skutkom suszy nie może więc kończyć się na ostrzeżeniach, mapach i strategiach. One są potrzebne, ale muszą prowadzić do uzgodnionych działań w terenie. Woda, która zbyt szybko odpływa, jest utracona dla upraw, lasów, rzek i lokalnych społeczności. Dlatego dziś najważniejsze pytanie nie brzmi, czy mamy suszę, tylko czy potrafimy się porozumieć na tyle wcześnie, by zatrzymać wodę, zanim znów zaczniemy liczyć miliardowe straty.
English





