O potrzebie zmian w gospodarce wodnej – rozmowa z Senatorem Stanisławem Gawłowskim

Senator

Medialne doniesienia o likwidacji Wód Polskich nie sprawdziły się. Właśnie została powołana nowa szefowa tej instytucji. Należy pamiętać, że zmiana kompetencji urzędu wymaga przede wszystkim zmiany ustawy Prawo wodne. Jakie rekomendacje dla rządu w tym zakresie ma senacka Komisja Klimatu i Środowiska? Co będzie istotne dla gospodarki wodnej w najbliższym czasie? Czeka nas rewolucja czy ewolucja? Zapytałam o to Senatora Stanisława Gawłowskiego, przewodniczącego senackiej Komisji KiŚ.

Agnieszka Hobot: Panie Senatorze, ile lat minęło, odkąd zajmuje się Pan gospodarką wodną?

Stanisław Gawłowski: Nie wiem, od czego zacząć liczyć, ale spróbuję od mojej pierwszej pracy publicznej, czyli w samorządzie terytorialnym. To była połowa lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Oczywiście na różnych poziomach i z bardzo różnej perspektywy, bo trochę inaczej na sprawy gospodarki wodnej patrzy się ze szczebla samorządu, gdzie główne problemy związane są z gospodarką wodno-ściekową, za którą odpowiedzialność ponoszą gminy, a inaczej z poziomu administracji państwowej.

Tematy wod-kan są oczywiście tylko częścią wielkiego zagadnienia, jakim jest woda, a z którym miałem styczność. Inne działania podejmowane są niejako przy okazji, na przykład przeciwdziałanie lokalnym podtopieniom, już nie mówię o powodziach. Albo problem deszczówki. Miasta rozwijają się, coraz więcej terenów jest zabetonowanych i nie ma retencji gruntowej, w związku z tym trzeba budować systemy odprowadzania tych wód, co nigdy nie jest łatwe.

W latach dziewięćdziesiątych czy jeszcze na początku lat dwutysięcznych mieliśmy na tę sprawę inne spojrzenie w samorządach niż obecnie. Zupełnie inaczej wygląda to dzisiaj. Mamy świadomość występowania na przykład krótkich, bardzo nawalnych opadów i wiemy, że mogą one powodować gigantyczne problemy w polskich miastach. Niemniej nie wszystkie samorządy są przygotowane do radzenia sobie z nimi.

Potem moja praca to już parlament. Od 2005 r. byłem posłem, a teraz senatorem. Przez 8 lat pracowałem na stanowisku sekretarza stanu w Ministerstwie Środowiska, odpowiedzialnym między innymi za wodę. Wygląda na to, że w branży jestem już bardzo, bardzo długo i przez ten czas miałem okazję zmienić podejście do spraw, które dotyczą wody. Z przykrością muszę stwierdzić, że gospodarka wodna na tapet wraca wyłącznie w czasie powodzi i tylko wtedy budzi jakiekolwiek zainteresowanie. Na przykład susza, która ma dużo dalej idące skutki, nie wywołuje takich emocji. Wszystkie pozostałe tematy związane z wodą nie prowokują nawet większej dyskusji.

Bilansowanie zasobów, gromadzenie wody, retencjonowanie to coś, o czym się w Polsce nie mówi. Pojęcia, których używają różni eksperci w zasadzie powinny być naturalne. Ludzie zastanawiają się, czym jest zarządzanie w dorzeczu albo nie rozumieją, dlaczego nie każdy może dostać zgodę na pobór wody z rzeki, skoro tyle jej nią płynie. No ale to jest taka refleksja, efekt trzydziestu kilku lat pracy w branży wodnej. Aż do dzisiaj nie zastanawiałem się, jak długo zajmuję się tym tematem.

A.H.: W nawiązaniu do tego, o czym Pan powiedział przed chwilą, mam wrażenie, że cały czas gospodarka wodna jest spychana na margines, chociażby w debatach społecznych czy politycznych. Dlaczego, Pana zdaniem, tak się dzieje? Gdzie należy szukać przyczyny?

S.G.: To jest temat, który jakoś nie trafia do bieżących rozmów. W Polsce, w moim przekonaniu, debata publiczna o ważnych celach i zadaniach w ogóle nie istnieje. Ona pojawia się, tak jak już wspomniałem, przy okazji kryzysu. Dodatkowo jest bardzo powierzchowna. Sprowadza się do haseł, pohukiwań, czasami obrażania się nawzajem bez głębszego wchodzenia w problem. To się zresztą potem przekłada na wiele różnych decyzji, które są podejmowane często przy udziale administracji publicznej. Nie oszukujmy się, czasem poziom ich wiedzy merytorycznej jest nie tylko niewystarczający, a wręcz marny. Bywa że przedsiębiorcy, którzy chcą inwestować w branży wodnej też wykazują się brakiem kwalifikacji.

Ale wracając do pytania – woda nie może się przebić. Ludzie na co dzień sprowadzają temat do tego, czy woda leci z kranu, czy nie. Zagłębiają się w analizowanie, dlaczego zmieniła kolor albo pojawiło się skażenie bakterią coli dopiero kiedy ma to miejsce. Polska jest akurat pod tym względem dość wyjątkowym krajem, bo woda dostarczana do domów musi być zdatna do picia. Tak wynika z przepisów prawa, ale nie jest to oczywiste w innych częściach świata. W większości państw ludzie albo nie mają wody w kranie, albo jest ona niezdatna do picia, ponieważ nie regulują tego żadne normy.

A.H.: Jakie zmiany, Pana zdaniem, zaszły w gospodarowaniu wodami w Polsce na przestrzeni ostatnich lat? Co było najistotniejsze?

S.G.: Powołanie około 7 lat temu Wód Polskich rozpoczęło pewną epokę. Przed tym działo się wiele pozytywnych rzeczy, co prawda z pewnym opóźnieniem w stosunku do innych krajów europejskich, ale jednak na korzyść. Mam wrażenie, że po utworzeniu tej instytucji cofnęliśmy się na bardzo wielu płaszczyznach. Od momentu, gdy staliśmy się członkiem Unii Europejskiej, nie do końca mając świadomość konsekwencji, przyjęliśmy na siebie cały szereg zobowiązań. Przykładem jest tutaj Dyrektywa ściekowa. Politycy, samorządowcy, eksperci z dziedziny gospodarki wodnej wiedzieli, że konieczne jest wybudowanie instalacji zbiorczego czyszczenia ścieków w aglomeracjach powyżej 10 tys. RLM.

Ale to tak naprawdę był tylko wierzchołek góry lodowej. Nie każdy miał świadomość, że należy sięgnąć jeszcze do podstawowego w tym temacie dokumentu, który obowiązywał i obowiązuje w Unii Europejskiej – Ramowej Dyrektywy Wodnej. To ona nakłada cały szereg zobowiązań: konieczność dbania o właściwą jakość w jednolitych częściach wód, zarządzanie w dorzeczach, wszystkie sprawy, które wynikają z właściwego przywracania jakości wody, troskę o dostęp i o to żeby żadnym naszym działaniem nie pogarszać stanu zasobów.

W tamtym czasie udało nam się parę rzeczy zrobić: pierwsze plany gospodarowania wodami na obszarach dorzeczy, pierwsze plany zarządzania ryzykiem powodziowym, dokumenty towarzyszące, tak jak ISOK (Informatyczny System Osłony Kraju przed zagrożeniem powodzią) czy przygotowanie do poważnej reformy związanej z gospodarką wodną. Czasem wszystkie zainteresowane strony zgodnie współpracowały, a czasami ich interesy wzajemnie się wykluczały, bo inne potrzeby ma gospodarka, inne energetyka, rolnictwo, organizacje ekologiczne czy społeczeństwo.

Do tej pory wymieniłem w zasadzie dwie dyrektywy, a tych związanych z wodą jest znacznie więcej. Chociażby mniej znana w Polsce Dyrektywa azotanowa, czyli presja rolnicza na wody. Ma ona ogromne znaczenie i została w jakimś wymiarze implementowana do prawa polskiego, ale czy działa w praktyce? Nie jestem pewien. Zresztą kłania się tu również Dyrektywa powodziowa, którą udało się implementować w dużej części. Oczywiście nie ma takiego systemu, który w 100 proc. chroni przed powodzią, ale wiele rzeczy udało się zrobić.

Natomiast wracając do samej Ramowej Dyrektywy Wodnej i tych wyzwań, które z niej wynikają, mam wrażenie, że po powołaniu Wód Polskich zaczęliśmy się bardzo mocno cofać. Zbudowano wielką administrację, scentralizowano zadania, odebrano samorządom cały szereg kompetencji, łącznie z taryfikacją. Wszystkie pozostałe sprawy stanęły, spadło tempo inwestycji w gospodarkę wodno-ściekową. Problem raczej się pogłębia, mimo że przez lata wydaliśmy na ten cel ogromne pieniądze. Cel zwany sukcesem oddala się w czasie.

Scentralizowano obszar dotyczący różnego rodzaju pozwoleń i decyzji wodnoprawnych, które wydawały samorządy i nie było potrzeby tego zmieniać. Pozbyto się też partnerstwa samorządów wojewódzkich, a więc dzielenia odpowiedzialności za cały system melioracji, urządzeń i instalacji przeciwpowodziowych czy obwałowań. Samorządy dokładały do tego z własnych budżetów. Nie zbudowano żadnego spójnego systemu finansowania. Korzystający z wody powinien ponosić opłaty.

Hasło dobre, ale nie przekłada się to na środki, które są potrzebne do utrzymania i uporządkowania gospodarki wodnej. To, co wpływa z budżetu państwa, również jest niewystarczające. Plan finansowy Wód Polskich na rok 2023 (na ten jeszcze nie znam) przewidywał stratę w wysokości blisko 1 mld zł. Tak duży deficyt pokrywany będzie z amortyzacji, więc majątek ulega dekapitalizacji. Jesteśmy w bardzo krytycznym momencie funkcjonowania polskiej gospodarki wodnej.

Senator

A.H.: W związku z tą sytuacją, jakie priorytety stawia sobie senacka Komisja Klimatu i Środowiska na ten rok?

S.G.: Ten rok będzie kluczowy i będzie wymagał wielu bardzo przełomowych decyzji. W dużej części powinny sprowadzać się do odtworzenia relacji z samorządem i do odblokowania pieniędzy unijnych. Przed oficjalną rozmową dyskutowaliśmy trochę o polskich błędach dotyczących sprawozdawczości do Komisji Europejskiej i muszę przyznać, że z niepokojem przyjąłem tę informację. Będę uważnie śledził to, co się dzieje w obszarze dotyczącym wody i Ramowej Dyrektywy Wodnej oraz dostosowywania do niej prawa krajowego. Za późno już na poprawianie wniosków. Trzeba będzie usiąść z Komisją Europejską i negocjować, inaczej nadzieja na pozyskanie pieniędzy stanie się płonną.

Nasze działania nie opierają się tylko na funduszach unijnych. Są rzeczy, które jesteśmy w stanie zrobić wewnętrznie. Z inicjatywy Komisji Klimatu poprzedniej kadencji przyjęliśmy rozwiązanie ustawowe, które powoduje, że taryfikacja gospodarki wodno-ściekowej wraca do gminy. Jeżeli chcemy na nowo uruchomić cały wielki potencjał inwestycyjny w gospodarce wodno-ściekowej, to bez właściwych taryf nie uda się tego zrobić. I naprawdę nie bałbym się samorządności. Sam przez lata pracowałem jako wójt, burmistrz czy prezydent miasta, więc wiem, że gminy są w stanie sobie z tym poradzić. Naprawdę pilna jest potrzeba odblokowania inwestycji związanych z budową dodatkowych instalacji ściekowych i modernizacja oczyszczalni. To jest nie tylko krok niezbędny, ale i dość łatwy do zrealizowania, bo taryfikacja pozwoli, by decyzje zapadały na poziomie lokalnym.

Kolejnym krokiem jest powrót do samorządów wojewódzkich. Powinny wrócić do pozycji partnerów w decyzjach i działaniach, ale to jest bardziej kompetencja rządu. Poczekam na pomysły płynące z Ministerstwa Infrastruktury, bo jak na razie to ono odpowiada za gospodarkę wodną. Nie mam niestety wątpliwości, że Wody Polskie nie radzą sobie ze swoimi zadaniami, z całym obszarem, który dotyczy ich kompetencji.

A.H.: Pytając o kolejną rzecz, chciałabym wziąć pod uwagę obawy pracowników Wód Polskich. Czy w związku ze zmianami, o których Pan wspomniał, powinni martwić się likwidacją miejsc pracy?

S.G.: Myślę, że mogę uspokoić osoby bezpośrednio związane z Wodami Polskimi. Absolutnie nie stać nas na kolejną rewolucję. Administracja wodna może tego nie przeżyć. W tym przypadku potrzebna jest ewolucja, nie rewolucja. Mówiłem o takich etapach, które są możliwe do zrealizowania dość sprawnie, ale to jest działanie spokojne i stopniowane. To po pierwsze. Po drugie znam Ramową Dyrektywę Wodną, jak mało kto w Polsce i mam świadomość istnienia takich obowiązków, jak zarządzanie w dorzeczach. Co to znaczy?

Mniej więcej tyle, że nie ma w Polsce samorządu, który mógłby samodzielnie zarządzać jakimś wielkim dorzeczem. Co najwyżej małymi odcinkami, fragmentami o znaczeniu lokalnym czy regionalnym, ale nie tymi, które są związane z podstawowymi rzekami w Polsce. To musi być nadal zadanie administracji rządowej, tak jak wszystkie działania dotyczące różnego rodzaju zagrożeń, np. powodzi. Żaden samorząd sobie z tym nie poradzi. Wreszcie, w ramach adaptacji do zmiany klimatu, jest cały wielki pakiet dotyczący m.in. ochrony przed suszą, a ta ma dużo bardziej negatywne skutki niż powódź.

Podsumowując, pracy jest mnóstwo i kompetencje osób związanych z wodą są niezbędne do podniesienia jakości zarządzania tym obszarem w Polsce.

A.H.: Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji planów związanych z branżą wodną.

music-cover