Ostatnio kilkakrotnie w rozmowach prywatnych, ale i na forum publicznym musiałem zmierzyć się z odpowiedzią na pytanie, z czego wynika słabość gospodarki wodnej w Polsce. Nie muszę dodawać, że nie było to ani łatwe, ani przyjemne, ale skłoniło mnie do pewnego uporządkowania myśli w tym zakresie. Poniższy tekst jest syntezą moich wniosków i spostrzeżeń.

Słabość polskiej gospodarki wodnej – przyczyny

Objawy tej słabości widoczne są także dla osób „spoza branży”: katastrofa na Odrze, przekop Mierzei, którego nikt nie używa, podtopienia w miastach, susza i ograniczenia w poborze wody. Do tego długi czas procedowania pozwoleń wodnoprawnych, nieklarowny system opłat i niewielka liczba ekspertów i firm projektowych. Długo można by wymieniać.

Najprościej byłoby powiedzieć, że winny jest brak finansowania tej części gospodarki. Ale tym razem zacznę od zagadnienia fundamentalnego, które z pewnością wybrzmiało już w sporze politycznym, także przy okazji zeszłorocznej katastrofy na Odrze. Chodzi o postrzeganie, czym jest rzeka, a nawet szerzej – czym jest środowisko naturalne. W kampanii wyborczej temat gospodarki wodnej był zauważalny. Istota sporu o ekosystemy, w tym rzeki, nie wywodzi się jednak ze świata polityki, lecz sięga głębiej. Jej źródeł szukałbym w pewnej wrażliwości i ustawieniu osobistej hierarchii, zgodnie z którą inwestorzy, urzędnicy, inżynierowie i nauczyciele akademiccy myślą o środowisku, o wodzie. Skupię się na rzekach, ale podobne myślenie dotyczy także jezior, wód podziemnych, bagien czy Bałtyku.

Eksperci z podejściem proekologicznym

Sądzę, że możemy wyodrębnić dwie grupy ekspertów. Pierwsza funkcjonuje od niedawna, korzeniami sięgając drugiej połowy ubiegłego wieku, a druga w myśleniu opiera się raczej na wzorcach historycznych, z okresu dynamicznego rozwoju przemysłu albo jeszcze wcześniejszych.

Pierwsza grupa za podstawę gospodarki wodnej uznaje doprowadzenie środowiska do dobrostanu. Według nich celem działań gospodarki wodnej powinna być czystość rzek, a także troska o ich bioróżnorodność. Powinny też być naturalnymi ciekami, a nie kanałami o przekroju trapezowym i umocnionych, zabudowanych brzegach. Ta grupa na ogół nie koncentruje się na pojedynczych inwestycjach, lecz argumentację swoich przekonań wyprowadza z problemów zmiany klimatu i środowiska w skali regionalnej, a nawet globalnej.

Podstawą ich przekonań i wsparciem merytorycznym jest Ramowa Dyrektywa Wodna. Sądzę także, że ta grupa nie obawiałaby się nadania osobowości prawnej Wiśle czy Odrze, poszukując wartości w tym, że rzeka (połączona z doliną, dopływami, wodami podziemnymi w spójny ekosystem) jest zdrowa, czysta, możliwie naturalna. Wszystkie inne cele „gospodarowania” są dla nich wtórne. Mogą być realizowane, o ile nie wpłyną negatywnie na dobrostan rzeki i środowiska. Eksperci tej grupy planowaliby gospodarkę wodną od strony zapewnienia zasobności środowiska jako takiego, a także jego naturalnej zdolności do akomodacji zmian i niwelowania zagrożeń.

Bywa jednak, że aktywni reprezentanci tej grupy wobec bardziej skomplikowanych zagadnień, gdy pojawia się rzeczywisty, konkretnie zlokalizowany problem hydrotechniczny (np. przeprowadzenie przekształconego zabudową cieku przez miasto) nie mają wystarczającej wiedzy i umiejętności, aby sobie z nim poradzić.

Czy czerpanie z zasobów jest złe? – druga grupa ekspertów

Druga grupa sposobem myślenia o wodzie sięga daleko głębiej w historię. Wywodzi go z tezy, że woda jest zasobem, którym się gospodaruje i kształtuje realizując plany gospodarcze, ekonomiczne, a nawet cele polityczne o daleko większym znaczeniu, niż bliżej niezdefiniowane „środowisko naturalne”. Grupa ta kwestionuje często w ogóle pojęcie „naturalności”, argumentując, że świat jest już tak przekształcony, że jedynie dalsze modelowanie go metodami „inżynierskimi” zapewni konieczne zasoby i bezpieczeństwo.

Eksperci grupy czerpiącej wzorce z dalekiej przeszłości, odnoszący się do tradycji i historii wykorzystania rzek, nastawieni są raczej na używanie zasobów niż dobrostan przyrody. Rozwiązań problemów nie szukają w podstawowym sposobie zarządzania środowiskiem, pryncypialnym podejściu do jego „dobrego stanu”, lecz w konkretnych inwestycjach, których jest zbyt mało. Z ich podejścia przebrzmiewa pewność, że gdyby plany i programy inwestycyjne były realizowane, a inwestycje budowane i utrzymywane, to również problemy (powodzie, susze) łatwiej byłoby rozwiązywać. Planują gospodarkę wodną od strony wykorzystania zasobów, przeważnie myśląc o niej w kontekście kolejnych inwestycji.

Stąd w Planach Gospodarowania Wodami i Planach Zarządzania Ryzykiem Powodziowym mnogość różnych projektów z dłuższą historią. Zgodnie z tym myśleniem, człowiek może, a wręcz powinien zapanować nad przyrodą. Zakładają, że jest ważniejszy niż przyroda, a jego cele są na pierwszym miejscu, ignorując fakt występowania sprzężenia zwrotnego. Bywa, że przyroda pokazuje nam „czerwoną kartkę”. Obie grupy godzą się z tezą: „człowiek na pierwszym miejscu”, ale pierwsza z wspomnianych, działająca wspierająco wobec przyrody, podkreśla, że pierwotny cel utrzymania środowiska w dobrym stanie realizuje właśnie równocześnie cele zapewnienia warunków dobrostanu człowieka.

Polska gospodarka wodna – myślenie krótkofalowe

Schodząc na poziom konkretów, zauważyć można na przykład, że grupa skupiająca się na wyjętych z otaczającego środowiska potrzebach człowieka zakłada wykorzystanie Wisły na cele transportowe i dopiero na tym tle zastanawia się, jak zminimalizować środowiskowe skutki takiego działania. Zresztą skutków tych nie uznają raczej za negatywne i często bardzo po macoszemu traktują cały proces oceny oddziaływania inwestycji na środowisko. Ot, choćby idea, że zbudujemy kolejny stopień na Wiśle w Niepołomicach czy Siarzewie, by ograniczyć skutki erozji poniżej poprzedniego stopnia, tego położonego w górę rzeki. A gdy erozja pojawi się poniżej kolejnego (a pojawi się na pewno), to… zbudujemy następny. Albo serię kilku mniejszych, aż problem będzie ostatecznie zażegnany – cała rzeka zostanie zestopniowana. W tym sensie koncepcja jest spójna.

Brzmi znajomo? Tak właśnie realizowana jest gospodarka wodna odkąd pamiętam, niezależnie, która opcja polityczna rządzi. Świadomym uczestnikiem lub obserwatorem tych procesów jestem od 20 lat. Gospodarka wodna od dawna traktowana jest jako element zapewniający realizację celów gospodarczych lub politycznych. Musiała się im podporządkować. Celami mogło być odbieranie ścieków z miasta czy biogenów spływających z pól, zapewnienie drogi transportu i wody dla przemysłu (chłodzenia, wody pitnej), lokalizacja olbrzymiej hali logistycznej, budowa osiedla itd.

Gdy wysokim priorytetem nie jest dobrostan rzeki, to przykładowo:

  • rolnik może nadmiernie nawozić, wyciąć zadrzewienia śródpolne i orać do samego brzegu rzeki – realizujemy przecież cele produkcji rolnej;
  • drogowiec może skanalizować kawał cieku, obudować go i umocnić, gdyż ważniejsze jest poprowadzenie drogi; potrzeby komunikacyjne mają wyższy priorytet;
  • w skali mikro – nie jest istotną szkodliwością wybieranie kamieni z rzeki, aby wzmocnić nimi podjazd przy domu lub wyłożyć otoczakami podmurówkę; te cele są ważniejsze niż stan środowiska rzeki, gdy naruszana jest jej naturalna równowaga dynamiczna;
  • przepust, w który wprowadzono rzekę może mieć kilkadziesiąt metrów długości, a urzędnik wydający pozwolenie wodnoprawne nawet nie pomyślał, że ryby nie pływają w takich zarurowanych ciekach po omacku; ważniejszy jest węzeł komunikacyjny;
  • przelewy burzowe z kanalizacji ogólnospławnej mogą pracować w sposób niekontrolowany, gdy nie określa się wielkości zrzuconego ładunku zanieczyszczeń, lecz w bliżej niezdefiniowany sposób limituje się w rozporządzeniu do dziesięciu liczbę razy, gdy przelanie ścieków może nastąpić bez konsekwencji; rozwój miasta i niskie nakłady na infrastrukturę usprawiedliwiają wylewanie zanieczyszczeń do rzek;
  • gigantyczna hala logistyczna lub handlowa, uszczelniona w niemal 100 proc. powierzchnia parkingów i stref przemysłowych, albo osiedle mieszkaniowe wybudowane na ogromnej, rozpychającej granice działki, szczelnej skrzyni parkingów podziemnych, a więc inwestycje gwałtownie zmieniające charakter odpływu wód opadowych, są usprawiedliwiane ograniczaniem bezrobocia, wpływami z podatku od nieruchomości czy rozwojem mieszkalnictwa.

Edukacja ekspertów jednym ze źródeł problemów

Wiele celów stawianych inżynierom hydrotechnikom, inżynierom budownictwa wodnego, sanitarnym czy technologom wody i ścieków w skali lokalnej było możliwe do zrealizowania tylko metodami twardej inżynierii. Można było zbudować zbiornik w Dobczycach, przegradzając zaporą Rabę i zapewniając wodę pitną mieszkańcom Krakowa w sytuacji, gdy zrzut solanek i zanieczyszczeń do Wisły spowodował, że nie można było korzystać z rzeczonych ujęć. Dzisiaj uzdatnianie słonej wody jest bardzo drogie, ale nie niemożliwe… Na uczelniach kształcono studentów w coraz to bardziej wyszukanych metodach uzdatniania wody brudnej do poziomu pitnej. Uczono też jak zwęzić koryto rzeki, aby w dolinę i na tereny zalewowe wprowadzić drogę, parking czy inną zabudowę. W efekcie my, inżynierowie, postawiliśmy świat na głowie.

Wobec faktu, że oddziaływania znacznie przekroczyły zdolności ekosystemu do radzenia sobie z nimi, wyższość polityki gospodarczej nad dobrostanem środowiska doprowadziła do paranoi, nie tylko w inwestycjach, ale już nawet w edukacji kadr odpowiedzialnych za gospodarkę. Zresztą brakom w systemie kształcenia można poświęcić osobny artykuł. Są one tak duże, że mają bezpośredni wpływ na możliwość realizowania nowoczesnej gospodarki wodnej. Ławka ekspertów i firm w branży jest bardzo krótka, a wiedza z krajów bardziej rozwiniętych przyjmuje się w Polsce powoli lub bardzo powierzchownie.

Zmiana klimatu bodźcem do rewolucji czy ewolucji?

Myślenie, że ekosystem może być dowolnie przekształcany, a zasoby są niewyczerpywalne, zdawało egzamin do momentu, w którym oddziaływanie człowieka, urbanizacja i zmiana klimatu nie spowodowały jego załamania. Dzisiaj skala negatywnej interwencji człowieka jest tak potężna, a potrzeby społeczeństwa tak duże, że dalsze realizowanie tej polityki stało się właściwie niemożliwe. Duża część świata zachodniego wreszcie zdała sobie z tego sprawę i rozpoczęła powolny, mozolny odwrót. U jego podstaw w Europie leży właśnie Ramowa Dyrektywa Wodna, dokument, który w Polsce „się nie przyjął”.

Konieczna jest zmiana. Coraz częściej mówi się o „zmianie paradygmatu”. Jak może to wyglądać w praktyce? Może być albo skutkiem rewolucji, albo respektującej wiedzę poprzedników ewolucji. Konieczność zmiany nie usprawiedliwia ignorowania rozwijanej przez wiele pokoleń wiedzy technicznej. Niestety zagadnienia gospodarki wodnej są tak niszowe i wiedza tak hermetyczna, że dyskusja ekspertów nie przebija się do świadomości polityków inaczej niż tylko w formie protestów wobec kluczowych inwestycji, a argumenty zakładające konieczność zmian nie brzmiały jak dotąd wystarczająco atrakcyjnie. Wydaje się jednak, że widoczne efekty zmiany klimatu pozwolą skutecznie podjąć temat gospodarki wodami.

Na dyskusję przez te ostatnie lata nakładał się również cynizm i partykularne interesy niewielkich grup nacisku. Z jednej strony następowało bezwzględne przepychanie nieracjonalnych inwestycji, a z drugiej nadmierne eksponowanie argumentów, które były jedynie pretekstem do ich zatrzymania. Hydrobeton i ekoterroryści. Trzeba było zatem dojść do punktu skrajnego, w którym się właśnie znaleźliśmy. Woda zaczyna być tematem, który definiuje możliwości polityki międzynarodowej, rozwoju kraju, komfortu, kosztów i bezpieczeństwa życia. Dzisiaj, gdy zmieniło się nie tylko pole gry, ale i sam jej rodzaj, konieczne jest wyraźne zredefiniowanie celu gospodarki wodnej w Polsce.

Aby z poparciem społecznym dokonać tej istotnej ewolucji, można wykorzystać katastrofę na Odrze jako punkt wyjścia do zmiany celów i metod działania. Bardziej niż planu inwestycyjnego potrzebujemy przeglądu sytuacji pod kątem ograniczenia powszechnego psucia rzek. To ogromne wyzwanie. Tego, obawiam się, część osób z grupy opierającej działania na wieloletniej tradycji nie jest już zdolnych uczynić. Nie przyjmują oni do wiadomości tego, że zmiana już nastąpiła, ale też nowej wiedzy naukowej i nowych narzędzi inżynierskich. A czy grupa ich oponentów jest do tej zmiany przygotowana? Nikt tego nie wie.

Czy dobrze rozumie opisane powyżej wyzwania dzisiejszy rząd, który wziął na sztandary hasło „renaturyzacji rzek” (po raz pierwszy)? Zobaczymy w niedługim czasie. Sądzę, a dowody tego znajduję w wielu publikacjach w mediach społecznościowych i wypowiedziach na konferencjach, że w obu grupach są eksperci gotowi do podjęcia spokojnej współpracy dla dobra rzek i ich ekosystemów. O ile nie będzie trzeba znowu wyjść w poczuciu porażki z ministerialnego gabinetu. Wtedy znowu bliższa stanie się perspektywa przypinania do drzew w proteście przeciwko nie respektującym nikogo i niczego inwestycjom.

Jacek Zalewski, Dyrektor w firmie RetencjaPL. Jego pasją jest gospodarka wodna. Mocno zaangażowany w promocję zrównoważonego podejścia do zarządzania systemami odwodnienia, planowania zielono-niebieskiej infrastruktury i retencji, oraz zrównoważonego utrzymania rzek. Autor wytycznych i katalogów ukierunkowanych na projektowanie miast przyjaznych dla mieszkańców i odpornych na zmiany klimatu. Praktyk, z dużym doświadczeniem współpracy z samorządem i przedsiębiorstwami wod-kan.

music-cover